„Wypad z balu”, czyli o cancel culture słów kilka.

Opublikowano przez

Znacie to uczucie, kiedy traficie do jakiegoś środowiska, trochę Wam to imponuje, bo nawet tam nie pretendowałyście, w jakiś sposób czujecie się wyróżnione, ale szybko orientujecie się, że zasady jakie w nim obowiązują nie przystają do waszego wychowania/ statusu/ poczucia komfortu itd., co skutkuje tym, że towarzystwo zaczyna czuć waszą inność, zaczyna to wszystkim przeszkadzać, więc się Was po prostu wyklucza?

Ja znam, aż za dobrze.

Ostatnio pisałam na Instagramie o tym, że czuję się jakbym została wyrzucona z balu: „Mieliśmy Cię za inną” powiedzieli, gdy za brak „dobrych manier”, za używanie nie tych co trzeba słów (kobieta zamiast „osoba z macicą”) nie dość pilne sygnalizowanie cnót uznawanych w tym środowisku i niedostosowanie się do etykiety.

Wzięli mnie za fraki, skopali i wyrzucili.

Doświadczyłam cancelu ze strony wzmożonych moralnie feministek i lewicujących influencerek, które można nazwać wojowniczkami sprawiedliwości społecznej, wyznającymi ideologię woke (wokeness – z angielskiego – ruch przebudzonych), co w Polsce objawia się ciągłym publicznym sygnalizowaniem cnót (ona/jej) z pakietu lewicowych.

Obowiązkowo byciem sojusznikiem wszystkich mniejszości, zwłaszcza tej najmodniejszej w danym sezonie opresji oraz zwykle wyzywaniem ludzi pogardliwie od uprzywilejowanych, „białych cis”, TERFów, SWERFów, wykładami na temat inkluzywności, tego jak bardzo inni to niby wykluczają jakieś mniejszości, czy nie mają prawa się wypowiadać z powodu „niewyznanego grzechu pierworodnego” – po lewicowemu zwanego przywilejem.

Na stos z TERF -em!


Cancel, jaki urządzono mi w social mediach, przypominał zwykły lincz przeprowadzony grupowo z pełnym rozmysłem, do którego z ochotą dołączyły także znane mi osoby, po których nie spodziewałam się tak negatywnych zachowań i odczuć w moją stronę, zwłaszcza biorąc pod uwagę nasze prywatne relacje. Czuję więc podobieństwo zdarzeń z tym co opisuje wiele ofiar cancel culture.

To jest też coś, o czym pisała w swoim eseju Chimamanda Ngozi Adichie, a mianowicie utrata normalnych ludzkich zachowań wobec drugiego człowieka, jakiś rodzaj demoralizacji. Brak lojalności to jedno, ale tu mamy też motyw niszczenia, zupełnie niewspółmiernej do rzekomej przewiny przemocy. Nierzadko próby wybicia się jako „ta lepsza” podczas publicznego oczerniania i besztania celu nagonki.

Coś w stylu: „Patrzcie na nią jaka jest zła – nie to co ja, ja jestem lepsza”.

Dla mnie – osoby będącej z boku tych wzmożonych, przebudzonych środowisk, która w zasadzie tylko lekko musnęła tego towarzyskiego teatru, wygląda to tak, że jest pewne mające o sobie bardzo dobre mniemanie i na swój sposób elitarne towarzystwo.

Jest to faktycznie często bardzo wpływowe środowisko- dziennikarki, działaczki największych organizacji pozarządowych, wysokozasięgowe influencerki czy polityczki, gdzie są bardzo sztywno określone reguły, co wypada, a czego nie wypada i gdzie za złamanie choćby o milimetr zasad grozi złożenie w ofierze zborowego linczu i wykluczenie z salonów.

Lincz konsoliduje grupę, umacnia jej ortodoksję i daje płomień do przeżywania wspólnie silnych emocji, wynikających z poczucia przynależności, władzy i wygranej.

Widzę to zdominowane kobietami środowisko jako pełne hipokryzji, sfrustrowane, z istną obsesją na punkcie pewnego rodzaju dobrych manier.

Tu według etykiety tego towarzystwa będzie to np. język inkluzywny; odpowiednie słowa i zakaz mówienia na głos pewnych myśli, czytania pewnych książek, zakaz dyskusji, oparcie o emocje, nie argumenty, zbiorowy lament jako jedyna dozwolona forma wyrazu.

Same nie mogą oddychać, więc próbują odebrać oddech innym.

To towarzystwo można porównać do Pań na balu, które ściśnięte gorsetem cnót cały czas muszą sygnalizować swoje nienaganne maniery, wyższą moralność i czystość duchową.

Większość z nich jest zwyczajnie sfrustrowana tymi ograniczeniami, wiecznie napięta, nie mogąca złapać w pełni oddechu, więc aby rozładować te trudne emocje i nagromadzone napięcie znajdują sobie wśród swoich ofiarę, która złamała towarzyską etykietę, choćby symbolicznie. Czyli na przykład nie dość była dobra w odgrywaniu wymaganego teatru cnót.

Metaforycznie – użyła nie tego widelca na balu z królem, co ugodziło w uczucia, obraziło jego wysokość i dwór, uderzając w poczucie estetyki, podważając wiarę w dobro zebranych na tym balu ludzi, tak bardzo spiętych narzuconą sobie etykietą. W przypadku cancel culture nie mówimy o czynach, które faktycznie złamały prawo.

Cancel Culture to kultura unieważnienia na podstawie urażonych uczuć, czy złamania tabu.

Cancel niezwykle rzadko dosięga faktycznych przestępców, zresztą tym należy się kara z urzędu, a nie lincz pod wpływem samosądów.

* Za angielsko języczną Wikipedią: Kultura unieważnienia /anulowania to nowoczesna forma ostracyzmu, w której ktoś zostaje wyrzucony z kręgów społecznych lub zawodowych – czy to w Internecie, w mediach społecznościowych, czy osobiście. Mówi się, że ci, którzy podlegają temu ostracyzmowi, zostali scanselowani „odwołani”

Tu obowiązuje więc samosąd na podstawie urażonych uczuć, a nie realnie złamanego prawa. Cofamy się do średniowiecza, gdzie wymierzamy karę wioskowej wiedźmie, podejrzanej o złe spojrzenie czy ważenie mleka sąsiadom. Większość tych spraw nie ma szans w sądzie, trzeba więc wytoczyć „sprawiedliwość” wedle własnych zasad i własnych wierzeń, na podstawie własnej, oderwanej od prawa i zasad sprawiedliwości vendetty przeciwko terfom, swerfom czy innym wiedźmom tego świata.

Użycie złego słowa (na przykład pisanie kobieta zamiast wymaganego „osoba z macicą”) to kwestia zniszczenia ozdoby, brak odpowiedniego gestu, zaś wypowiedzenie zakazanej myśli, np. że płeć jest binarna – w biologii u ssaków występują dwie płcie, to złamanie tabu, uderzenie w dogmat.

W przypadku kwestii płci – w queerowy dogmat, że to co głównie świadczy o płci to uczucie – tożsamość, a nie kwestia wynikająca z biologicznej klasyfikacji osobników – wedle ich ciała ukształtowanego na ścieżce rozwoju do określonej roli w precesie reprodukcjnym.

Panie Dulskie naszych czasów są inkluzywne.

Oprócz mechanizmów parareligijnych, widzę tu dużo mieszczańskiej pseudomoralności, nowoczesnej wersji dulszczyzny, gdzie jedyną chwilą gdy można wreszcie zdjąć na chwilę ciasny gorset i odetchnąć pełną piersią jest moment linczu na niepoprawnej (rzadziej niepoprawnym).

Wtedy wszystkie chwyty dozwolone – piekła nie ma, a najgorsze zachowania znajdują poklask.

W końcu w cancel culture według liderów linczów przemoc w szczytnej sprawie – ukrócenia wyłamywania się z towarzyskiej/sekciarskiej etykiety jest jak najbardziej uzasadniona, a nawet niezbędna.

Oczywiście cykliczne składanie kogoś z towarzystwa w ofierze konsoliduje grupę, ale jako że można też samemu stać się ofiarą linczu za byle odstępstwo, zaostrza się wewnątrzgrupowe napięcie, rywalizacja, pojawia się dyscyplinowanie się wzajemne i szukanie celu do kolejnego rozładowania emocji.

Rzuca kamieniem, by nie dostać kamieniem.

Zalęknione, by nie stać się kolejną ofiarą linczu, bacznie przyglądają się innym i gotowe są pierwsze rzucić kamień, z nadzieją, ze reszta za nimi pójdzie i kolejny raz będą po dobrej stronie, dobrej w sensie bezpiecznej – kamieniujących, a nie kamieniowanych.

Do tego liderka/ lider oburzenia może zyskać sławę, rozgłos i uznanie wśród współwyznawców/ uczestników tego elitarnego balu, tudzież sekciarskiego kółka „wzajemnej adoracji”.

Cancel Culture istnieje, ale nie kończy się na nim świat.

Tak to widzę, od środka, jako złożona w ofierze cancelu. Symbolicznie skopana i pobita, faktycznie publicznie znieważona i wyrzucona z tego balu cnotliwych Panien.

Rany po tym wydarzeniu mam już opatrzone, siłę odzyskałam i nawet mi nie żal, że mnie wyrzucono.

Za murem cancelu są ludzie, poza balem cnót jest zaś wolność, spontaniczność i niezależność, zielona łąka różnorodności, której tak bardzo mi trzeba było. Zatem ja dziś świętuję.

Polecam odsłuchać podcast Myślozbrodnia, gdzie mówię o moim doświadczeniu cancel culture i przemyśleniach z tym związanych.

Jeśli chcesz mnie wesprzeć, można to zrobić stawiając symboliczną kawę co miesiąc via Patornite. Dziękuję.

One comment

  1. Kayu, mysle, ze dobrze, ze zauwazasz ten fakt, ze ci, ktorzy sa/byli „odtraceni” nagle sami zaczynaja stosowac metody conajmniej kontrowersyjne, (zeby nie powiedziec gorzej) aby ponizac, ublizac i generalnie „poczuc sie lepiej”. Zasada „kto nie z nami, ten przeciw nam” dziala w najlepsze, niezaleznie od srodowisk, polozenia geograficznego i stanu majatkowego. Wniosek moze byc tylko jeden: wykluczanie i ponizanie innych jest immanentna cecha charakteru osobnkow rodzaju ludzkiego i nic tego nie zmieni. Jeszcze calkiem niedawno NIE ISTNIALO zadne srodowisko osob LGBTQ(+ whatever else) dopiero niedawny „internet” spowodowal niejako „wyjscie z cienia” tychze osob. Osobiscie sam nie mam nic przeciwko zadnym wyborom dotyczacym definiowania płci przez dorosle i swiadome siebie osoby – absolutnie NIC mi do tego, jak ktos chce sie postrzegac. Jednakze, jak sama widzisz, te same osoby, ktore bedac przeciez prze wiele lat „niesprawiedliwie ucisnione” w spoleczenstwach, uzyskawszy teraz pewien rozglos i tzw „acknowledgment”, same zaczynaja zachowywac sie niczym rozkaprsyszone panny na wydaniu, wybrzydzac, narzekac i utyskiwac oraz (w coraz wiekszym stopniu) dyskryminowac innych. – Nihil novi sub sole. Cancel culture at it’s best, czekam az naprawde ktos oglosi, ze „Kopernik byla kobieta” :). Bedac niezwiazanym obserwatorem tych wszystkich „michalkow” jakie sie wyprawiaja w internecie, jednego tylko nie moge zrozumiec: jak ktos, kto jest w miare wyksztalcony, swiadomy i rozgarniety moze traktowac cokolwiek, co sie pojawia w tzw” social mediach” w powazny sposob? Wierzyc, ze to jest jakas nowa droga, jakas wyrocznia, krynica wiedzy i sprawiedliwosci i centrum wszechswiata parawie? Jak ci ludzie (mlodzi glownie) daja sobie rade w skrzeczacej rzeczywistosci, w codziennym znoju podlych szefow i podstepnych wspolracownikow, wysokich cen i mafii zamiast rzadu?? Czy oni nie widza, ze mamy o wiele wazniejsze problemy na karku, niz jak ktos kogos nazwal? A byc moze NIE CHCA ich widziec?? Moga sie wiec niedlugo obudzic nie tylko z reka w nocniku, ale w glowami w szambie i zaprawde, wtedy, czy ktos jest kobieta” czy „osoba z macica” nie bedzie mialo juz najmniejszego znaczenia. Wiec mysle, ze caly ten cyrk ( i cala cancel culture) zniknie jak ten „sen jaki zloty”, gdy tylko troche wiecej realnego zycia dotknie „osoby z macicami” bez nich. innymi slowy, to jest burza w szklance wody, or much ado ’bout nothing… PS. wiedzmy „warzyly” mleko, a nie je „ważyly” – to ostanie odnosi sie do czynnosci pomiaru cieżaru substancji, a to pierwsze do „psucia” jej – i to mialas na mysli, czyz nie? 😉

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.